środa, 5 lipca 2017

12. Mamy kłopoty

Powoli odzyskiwałem przytomność. Nie miałem pojęcia, jak dużo czasu zmarnowałem na bycie jej pozbawionym, ale odnosiłem wrażenie, że znajdowałem się w obcym, odtrętwiałym ciele. Szybko zorientowałem się, gdzie właściwie byłem. Pikanie maszyn, ściszone głosy, echo niosące się z korytarza i ta cholerna biel, która usilnie próbowała przedrzeć się przez moje powieki.
Byłem przerażony.
Z trudem otworzyłem oczy, bojąc się wziąć głębszy oddech. Gdy wyczułem, że owinięto mnie czymś w pasie, zacząłem zwyczajnie panikować. Przyspieszył mi oddech i drgnąłem gwałtownie, zwracając na siebie uwagę starszej pielęgniarki. Kobieta doskoczyła do łóżka i położyła mi dłoń na czole, patrząc w oczy.
— Uspokój się — wyszeptała, a jej ton wydawał mi się być w tamtym momencie naprawdę przyjemny. — Nie możesz się wiercić. Dopiero przywieziono cię z zabiegówki.
Chyba ją Bóg opuścił. Kiedy to powiedziała, wpadłem w jeszcze większy szał. Sięgnąłem do maski, którą wciśnięto mi na twarz i zdjąłem ją, ciesząc się głębokim haustem zwyczajnego powietrza.
— Dlaczego tu jestem?!
Podparłem się na przedramionach i popatrzyłem w dół. Miałem na sobie spodnie, ale pozbawiono mnie góry garderoby, co wskazywało na to, że musieli się mną jak najszybciej zająć. Od pasa do piersi, owinięty byłem bandażem.
— Ja pierdole — syknąłem, czując, że serce zaraz wyskoczy mi spomiędzy żeber. — Zajebali mi nerkę…
Mój wzrok zwrócił się w stronę przejścia, w którym pojawiła się moja zapłakana matka, Kathy, Thomas, Lili i…
— Tanya. — Wydałem z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, jednak przypomniało mi się, dlaczego ułamek sekundy wcześniej zacząłem panikować. — Wycięli mi ją, prawda? Nie mam już nerki?!
— Proszę się uspokoić — powiedział mężczyzna, który wszedł zaraz za moimi bliskimi. — Nikt nie pozbawił pana nerki. Na całe szczęście…
— Noah, synu! — Mama z jękiem rzuciła się na łóżko i zaczęła masować niemalże całą moją twarz, jakby się bała, że byłem już duchem. — Kochanie, dlaczego?! Dlaczego sam chodzisz w takie miejsca?!
Nic nie rozumiałem.
Obracałem głową, patrząc po wszystkich. Babcia była blada jak ściana. Lis wyraźnie się wściekał, zaciskając palce na komórce. Sowa kurczowo trzymała się jego ramienia, a w nogach łóżka znajdowała się Wilk. Jej oczy były przekrwione i zaszklone — malowała się w nich trwoga i niewyobrażalny smutek. Nie mogłem jednak na nią patrzeć. Mimo tego chaosu, w jakim się znalazłem, wciąż przypominała mi się scena z balkonu jej domu. To za bardzo bolało...
— Dzwonili z policji. Mówią, że ma się niezwłocznie wstawić na komendzie — wyszeptał medyk, zerkając na mamę. — Niestety, ale go to nie ominie.
— Rozumiem — odpowiedziała, kiwając nerwowo głową. — Rozumiem. Noah, masz powiedzieć całą prawdę. Muszą ich znaleźć.
— Powie mi ktoś w końcu, co ja tu robię?! — warknąłem, chcąc się unieść.
Piorunujący ból w podbrzuszu położył mnie jednak z powrotem na materac. Podkuliłem nogi, otaczając tułów ramionami i zawyłem głośno.
— Noah! — Krzyk rozdygotanej Tanyi sprawił, że w końcu na nią popatrzyłem. Podbiegła do mnie, odpychając Thomasa i opadła na kolana, chwytając mnie za rękę. — Proszę, przestań się gwałtownie poruszać! Ktoś pchnął cię nożem, masz założone szwy… Musisz się uspokoić, inaczej rany ponownie się otworzą...
Zamilkłem, wpatrując się w jej twarz. Czułem, jak włosy lepią mi się do całej twarzy, jak cholernie chce mi się ryczeć z bólu. Jednak buzia Arashi — przerażona, wpatrzona we mnie, przejęta...
— Kto mi to zrobił? — stęknąłem, spoglądając na Thomasa.
Byłem pewny, że wiedział więcej, niż pozostali. Jego znaczące spojrzenie dało mi do myślenia.
— Jest pan pewny, że mój syn może opuścić szpital? — Mama popatrzyła na lekarza, który szykował wypis.
— Tak — odparł, kiwając głową. — Chłopak został dwukrotnie ukłuty, ale nie ucierpiały żadne narządy. Wygląda mi to na straszenie. Gdyby chcieli go zabić, zrobiliby to z łatwością.
— Czemu jest pan taki wstrętny — wypaliła Lili. — Mógł stracić życie!
— Panienko — mruknął, wzdychając ciężko. — Mam okresy, kiedy tracę po kilku pacjentów dziennie. Nie będę się rozczulał nad dorosłym, silnym chłopakiem, który majta się po łóżku po tym, jak zaatakowano go nożem. To pani powinna się cieszyć, że przyjaciel jest w dobrej formie.
Ame poruszyła kilka razy ustami — zazwyczaj mało kto potrafił jej dogadać.
Ubrałem się z niemałym trudem. Pielęgniarka podała mi rzeczy, które przywieźli ze mną ratownicy. Nic nie zginęło. Klucze, portfel, telefon — każdy z tych przedmiotów był w mojej kurtce.
Kathy, mama i Tanya szły przodem. Wilk trzymała moją rodzicielkę za dłoń, chcąc dodać jej otuchy. Lili i Thomas eskortowali mnie, pozwalając się wesprzeć.
— To nie był zwykły napad — powiedziałem cicho, wpatrując się w głowę Tan. — Nie obrabowali mnie. Nie zabili, choć mogli. Lekarz miał rację, straszyli mnie.
— Masz jakieś podejrzenia? — zapytała Sowa.
— Jedyne co mam, to mętlik w głowie.
— Daj nam klucze od samochodu — mruknął chłopak. — Podjade tam z Lili, ona zabierze twój samochód i podjedzie nim pod twój dom. Mieszkacie blisko siebie, więc będzie mogła wrócić prosto do domu.
— A co z resztą? — popatrzyłem na idące przed nami kobiety.
— Twoja mama zawiezie cię na komisariat. Staruszka i Tan pojadą z wami, ja od razu do was dojadę, kiedy odstawię Lili.
— Czemu ci tak na tym zależy?
— Mam swoje do powiedzenia w tej sprawie — oznajmił twardym tonem.

Wsiadłem na tył auta z zadowoleniem rejestrując, że leki przeciwbólowe zaczynały działać. Matka nie chciała ruszyć z miejsca, dopóki nie zapiąłem pasów. Trzymałem dolną ich część, nie chcąc, by ocierały się o rany. Wpatrywałem się w szybę, nie potrafiąc skupić się na tym, co mówiły do mnie kobiety, siedzące z przodu. Fakt, że jechałem na komisariat, nie stresował mnie tak bardzo jak to, że Tanya siedziała obok mnie. Wiedziałem, że bała się odezwać, jednak nieustannie na mnie patrzyła.
— Jak się czujesz? — Kathy odwróciła się w moją stronę.
Przekręciłem głowę w jej kierunku i odburknąłem, że dobrze. Powiedziałem również, żeby nic do mnie więcej nie mówiły, bo usilnie próbowałem skupić myśli. Musiałem powiedzieć na policji co zaszło, jednak nic nie pamiętałem.
Znieruchomiałem, czując na prawej dłoni ciepło. Mechanicznie zwróciłem wzrok ku mojej sąsiadce. Wgapiała się w wolną, prawą dłoń, którą trzymała na kolanach, a lewą otoczyła moje palce. Zrobiło mi się gorąco. Po chwili wyczułem złość, jednak koniec końców obróciłem nasze dłonie, wzmacniając własny chwyt.
Wciąż jednak nie chciałem na nią patrzeć.
Wciąż bolało.

Siedziałem w niewielkim gabinecie, w którym zastałem zawalone papierami biurko, dwa krzesła, a także okno przesłonięte potężną kratą. Pod ścianami stało pełno szafek, na których panował ten sam nieład.
Wiedziałem, że byłem ofiarą, ale w jakiś sposób czułem się czemuś winny. Głupio było mi przyznać przed samym sobą, że pójście za Natanielem nie było moim najlepszym pomysłem, jednak z drugiej strony zyskałem niezbędne informacje.
Do środka wszedł młody, znudzony policjant, który prawdopodobnie miał mnie przesłuchać, jednak kiedy tylko wygodnie się rozsiadł, do środka wszedł ktoś jeszcze. Niemalże natychmiast rozpoznałem sylwetkę detektywa, który rozmawiał z nami po tym, jak Thomas pobił Chrisa przed uczelnią.
— Adam, wyjdź — zarządził głośno.
Mężczyzna przewrócił oczyma i szybko zwinął się, zostawiając na biurku teczki. Obserwowałem nowego towarzysza z pewną dozą niepewności.
— Jak się trzymasz? — zapytał, odsuwając papiery na bok.
— Bywało gorzej — odparłem, zaciskając pięści.
— Słuchaj, nie będę owijał w bawełnę — powiedział, opadając plecami na oparcie krzesełka. — Dałeś się sprowokować?
— Nie rozumiem…
— Ten atak został zlecony — mruknął, przecierając twarz dłońmi. — Komuś podpadłeś, Noah. Raczej nie zapuszczasz się w tamte rejony. Thomas powiedział mi, że pojechałeś tam w konkretnym celu. Wiedzieli, że tam będziesz.
— Drań… — szepnąłem, wyobrażając sobie, jak duszę Lisa.
— To byli ludzie, którzy trzymają się w jednej szajce, razem z waszym ulubionym kolegą.
— Waszym? — Kompletnie nie wiedziałem, o co chodziło. Zaraz jednak coś do mnie dotarło. — Chris… Chodzi panu o Chrisa?
— Owszem. — Uśmiechnął się cierpko. — Poszedłeś tam, bo jakoś cię do tego skłonili, prawda?
— No…
— Zastawili na ciebie pułapkę. Zarówno ty, jak i twój przyjaciel, bardzo komuś przeszkadzacie.
Złapałem się za głowę. Rozbolała mnie. Nie wiedziałem, czy od presji czy natłoku dziwnych informacji.
— Thomas zgodził się na współpracę już na samym początku. — Mężczyzna wstał i podszedł do niewielkiej szafki, z której wyciągnął dwie butelki wody. Podał mi jedną. — Zbiera dla nas informacje, a my możemy coraz bardziej zbliżyć się do tej bandy. Nie tylko zajmują się dilerką, ale także ściganiem ludzi za pieniądze. To nie są przelewki, chłopaku. Nie możesz tak po prostu wchodzić między nich. Zabiją cię. Co cię podkusiło?
Nataniel.
— Nie wiem…
Ten gnój z nimi współpracował. Nie było innej możliwości. I wciąż był tak blisko Tanyi. Do czego oni dążyli? Co tak naprawdę chcieli osiągnąć?
— Nie mogę — mruknąłem, podnosząc się. — Naprawdę nie jestem w stanie dzisiaj panu pomóc. Nie możemy tego przełożyć?
Mężczyzna przyjrzał mi się uważnie.
— Możemy — odparł, wzdychając ciężko. — Chcę tylko, byś pamiętał, że im dłużej ich nie rozpracujemy, tym dłużej ty i twoi przyjaciele, będziecie znajdować się w niebezpieczeństwie.
Rozumiałem to. Ale jak mogłem pomóc, mając w głowie taki chaos? Wiedziałem, że musiałem się z tym przespać. Poukładać wszystko w głowie i wrócić, kiedy będę w stanie powiedzieć coś sensownego. Nie umiałem bawić się w bohatera, nie mając w nikim wsparcia, dlatego jeżeli chciałem współpracować, musiałem stanąć na nogi.
— Wrócę, kiedy tylko będę potrafił pomóc — powiedziałem, sięgając do plastikowego pojemnika, wypełnionego wizytówkami. — W tej chwili co najwyżej zaszkodzę, podając wymieszane informacje.
— Doceniam to chłopaku. — Tym razem na jego twarzy zagościł zmęczony, jednak szczery i ciepły uśmiech. — Mamy w tym wspólny interes.
Opuściłem gabinet i skierowałem się do niewielkiej poczekalni, gdzie zastałem jedynie Tanyę i Thomasa.
— Gdzie mama i Kathy? — zapytałem, podchodząc bliżej.
Trzymałem dłoń na brzuchu, jakby myśląc, że złagodzi to mój dyskomfort. Tanya ze smutkiem wpatrywała się w to miejsce.
— Pojechały do domu — wyszeptała — twoja babcia się źle poczuła.
Szybko znaleźliśmy się w aucie Lisa. Odwieźliśmy Tanyę, a w drodze powrotnej prawie w ogóle nie rozmawialiśmy. Nieustannie przysypiałem, znużony bólem i lekami. Kage odprowadził mnie pod same drzwi mieszkania, jednak nie od razu udało mi się do niego dostać.
— Posłuchaj — wyszeptał — mamy kłopoty.
— No co ty nie powiesz — mruknąłem, opierając czoło o ścianę.
— To naprawdę nie są żarty, Noah — kontynuował, niezrażony moją ironią. — Jeżeli Nataniel z nimi współpracuje, a to jest już niemalże pewne, to Tanyi naprawdę grozi niebezpieczeństwo.
— Kurwa, wiem — wycedziłem, zaciskając pięści. — Ale przecież ona tego nie rozumie. Najchętniej bym go zabił…
— Możemy ich wszystkich wsadzić, ale musisz mi pomóc, Noah. — Złapał mnie za bark. — Pomyśl o niej. Oboje wiemy, że i tak jest źle. Że ten człowiek może być wszędzie. Musimy uchronić Tanyę przed kolejną tragedią.
I wtedy coś mnie tknęło. Popatrzyłem prosto w ciemne oczy przyjaciela i po raz pierwszy w życiu poczułem tak niewyobrażalny strach.
Dlaczego zostaliśmy wplątani w coś takiego? Byliśmy zwykłymi ludźmi z przyziemnymi problemami. Nagle życie nasze i naszych bliskich stanęło pod wielkim znakiem zapytania.
Co czekało nas dalej?




Od autora: Nie, spokojnie. To nie będzie takie proste.


CREATED BY
MAYAKO